niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział II


             Carmen

                   Marie miała rację. Przy stoliku, który obsługuję siedzą sami faceci i to na dodatek w moim wieku a jednym z nich jest popularny łamacz serc dziewczyn na świecie, piosenkarz Justin Bieber. Nie wiedziała, że na statku pojawią się jakieś gwiazdy. Myślałam, że będą to jacyś starsi ludzie jak politycy i tym podobne a chociażby jakby pojawiły się właśnie takie gwiazdy to nie będę ich obsługiwała. 
                  Podeszłam po woli do stolika. Tak w ogóle dlaczego ja jestem zdenerwowana a no tak może tym, że zrobię coś głupiego albo powiem i stracę pracę. Niemożliwe jest to, żeby wywalili mnie za burtę. Prawda? Jestem głupia, to oczywiste, że mnie nie wrzucą. Otworzyłam notesik, wzięłam długopis w rękę i z uśmiechem podeszłam do stolika. Był to taki uśmiech..udawany.
                  - Dobry wieczór. Co panowie zamawiają? - popatrzałam się na siedzących przy stole chłopaków, którzy nosy mieli w karcie z daniami. 
                  - Dobr..huhuhu. No proszę. Już zaczynam lubić ten statek.- Czy to miał być tani podryw? Coś mu się nie udał. Chłopak który, to powiedział wyglądał tak. Może i przystojny ale widać po nim, że lubi się bawić z dziewczynami a po drugie mam pracę. - Zgodzicie się ze mną chłopaki, co? - wszyscy po jego słowach podnieśli wzrok na mnie. Było to cholernie niezręczne. Oni po prostu wypalali mnie oczami. Podniosłam wzrok i napotkałam brązowe tęczówki. One..były..łał. Takie piękne. Pierwszy raz widzę takie oczy. Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy. Na jego twarzy widniał cwany uśmiech i chyba miał być to taki uśmiech, który mnie oczaruje. Ok, może miał naprawdę piękny uśmiecha ale bez przesady. Ocknęłam się i popatrzałam na wszystkich po kolei.
                  - Więc, co panowie zamawiacie? - ponowiłam pytanie.
Po tym jak zapisałam zamówienia poszłam w stronę kuchni. Jestem pewna, że chłopak z tanim podrywem nie zawahał się spojrzeć na mój tył. Czułam wzrok na sobie. Podałam zamówienie jednemu z kucharzy i poszłam obsłuży drugi stolik, który dostałam. Kiedy wracałam w stronę kuchni podać zamówienie stolika 21 obejrzałam się w prawo i skrzyżowałam spojrzenia znów z brązowymi tęczówkami. Moje nogi nie wiem czemu stały się jak z waty. Posłał mi czarujący uśmiech i cały czas patrzał głęboko w oczy. Obudziłam się z transu i przyspieszyłam kroku do kuchni. Złapałam dwa talerze z daniami i spytałam się który stolik. Niech kogoś cholera strzeli. Stolik 20. 
                 Podeszłam z talerzami do stolika chłopaków, którzy byli zajęci rozmową.
                 - Dla kogo lazania i ryba? - spytałam się nich przerywając im ich ciekawą rozmowę.
                 - Lazania dla mnie a ryba dla Ryana. - słysząc ten seksownie ochrypły głos. O matko, ja to powiedziałam? Nie mogłam na niego nie spojrzeć. Znów ten czarujący uśmiech.
                 - Proszę bardzo. Zaraz przyniosę resztę dań. 
Niosąc ostatni talerz cieszyłam się, że nie będę musiała podchodzić do tego stolika przez czas w którym będą jedli. Chyba, że sobie coś zażyczą. Podeszłam i postawiłam talerz przed jak się nie mylę Mattem. Słyszałam jak się do niego zwracają kiedy przyszłam drugi raz z daniami. Uśmiechnęłam się do niech i powiedziałam
                 - Smacznego. Jeśli będą panowie coś jeszcze chcieli jestem tutaj cały czas. 
                 - Dziękujemy ci. Powiedz mi, szukasz chłopaka bo wiesz ja zawsze jestem dostępny a szczególnie dla ciebie.
                 - Nie dzięki nie umawiam się z tanimi podrywaczami, którzy wzorują się na tekstach z googli.
                 - Hohohah. - reszta chłopaków zaśmiała się a ja uśmiechnęłam się triumfalnie
                 - Zgasiła cię stary. - zaśmiał się Bieber
                 - Smacznego - powiedziałam moje ostatnie słowa i odeszłam od stolika z uśmiechem.


***

                  Jackob po kolacji powiedział nam, że jutro Ann pracuję przy stoisku z pamiątkami czy coś w tym rodzaju a ja zostałam "wynajęta" na pomoc. Czyli takie przynoszenie picia, jedzenia i oprowadzenie po statku i zaprowadzenie gdyby ktoś nie wiedział gdzie co jest. Chodzi mi o ludzi, którzy "wynajęli" mnie do pomocy. Od rana dostaniemy stroję na jutro. 
                  Kolacja skończyła się tak o 21.30. U chłopaków byłam jeszcze z dwa razy. Przynieść deser i nalać wina. Kiedy tylko się pojawiałam chłopaki zaczynali chichotać a ten cały Chaz palił buraka i ich ochrzaniał. Zgasiłam go i jestem z siebie dumna. 
                  Jackob powiedział nam, że wieczór jest jeszcze młody i na 4 pokładzie jest dyskoteka dla młodzieży. Pozwolił nam pójść, jeśli się nie spijemy, co jest mało prawdopodobne, ponieważ ja wypiję na każdej imprezie po jednym drinku i już wtedy mam dość a Ann wypiję z dwa lub trzy i jest trzeźwa. 
                  - Nie pozostało nam nic innego jak iść się uszykować. - uśmiechnęła się Ann i przytuliła Jackoba całując go w policzek za to, że nam pozwolił. Widziała lekki rumieniec na jego twarzy. Popatrzał na nas z uśmiechem, odchrząknął, poprawił krawat i życzył miłej zabawy. 

                  Ostatnie poprawki i będę gotowa. Musiałam się wyszykować w pokoju bo Ann zajęła łazienkę. Powiedziała, że wierzy, że na tym statku pozna miłość życia. Ona jest niemożliwa. Poprawiłam swój makijaż, przeczesałam ręką moje wyprostowane włosy i poprawiłam sukienkę ręką. Założyłam jeszcze buty i naszyjnik, i byłam gotowa do wyjścia. Usiadłam na fotelu i nudząc się czekałam na Annabell. W końcu wyszła z łazienki. Wyglądał bosko. Sukienka, makijaż, buty
                  - Dziewczyno wyglądasz gorąco. Widziałaś się w lustrze. - zaśmiała się Ann mówiąc mi to tak głośno, że pewnie usłyszał ją cały statek. 
                  - Ja?! Widziałaś siebie? Wiesz, zaczynam wierzyć, że spotkasz tą swoją miłość. - zaśmiałam się z niej. Złapałam małą torebeczkę i przewiesiłam ją przez ramię. 

                    No one 

                  Annabell i Carmen weszły do klubu, pełnego nastolatków głodnych zabawy. Głośna muzyka, alkohol, i świetna atmosfera. Dziewczyny szły koło siebie śmiejąc się i oglądając po klubie. Faceci, których mijały Ann i Carmen nie powstrzymali się przed gwizdnięciem lub obejrzeniem za nimi. Podeszły do baru i zamówiły sobie po jednym drinku. Po tym jak dość przystojny kelner podał im napoje i zalotnie się uśmiechnął przyjaciółki ruszyły w stronę miejsc siedzących.
                  Już od ponad dobrej godziny w klubie siedzi Justin ze sowimi kolegami. Żartowali sobie, gadali, pili alkohol i szukali dla siebie dziewczyn. Przecież co to za impreza bez dziewczyn. Takie właśnie jest ich motto.
                 - O stary...to ta laska co nas dzisiaj obsługiwała i pojechała Chaza. - powiedział Michael nie mogąc oderwać wzroku od Carmen i Ann. Po słowach chłopaka, reszta przyjaciół popatrzała w tamtym kierunku. Kiedy zauważyli dwie dziewczyny, Ann i Carmen nie mogli oderwać wzroku. Justin od razu utkwił oczy na Carmen.
                - O cholera. Obydwie są gorąca w chuj. - powiedział Matt
                - Chłopaki. Ta blondyna jest już zaklepana. - powiedział Ryan 
                - Łohoho i kto to mówi. Święty Ryan. Co ci się stało, co? - zaśmiał się Justin 
                - Jest boska i zaklepana. - zaśmiał się Ryan 
                - Wolę brunetkę. Jest ostra, seksowna i zarazem nieśmiała. Pewnie jeszcze jest dziewicą....do dzisiaj. - Justin uśmiechnął się ze swoich słów a chłopacy mu zawtórowali. - No panowie. Dzisiaj nikt nie może mi przeszkodzić w nocy. 
                - Ee Butler, Bieber wasze dwie dziewczynki uciekają. - zaśmiał się Ryan. Justin popatrzał na Carmen i odprowadzał ją wzrokiem, kiedy ta szła na parkiet. 
                Dziewczyny przetańczyły razem chyba z pięć piosenek. W czasie kiedy świetnie bawiły się na parkiecie Ryan i Justin obserwowali je. Justin nie mógł się na nią napatrzeć. Śliczna, zgrabna. To teraz się dla niego liczyło i to aby zaciągnąć ją do łóżka. W czasie kiedy oni siedzieli i nic nie robili oprócz picia piwa i gapienia się, do dziewczyn dołączyło dwóch chłopaków. Przetańczyli razem z kilka piosenek. Ann zniknęła w tłumie przy barze idąc po drinka. Wtedy Ryan ruszył za nią i tak zaczęła się ich długa rozmowa. Carmen tańczyła tyłem do poznanego chłopaka. Justin nie czekając dłużej ruszył w stronę parkietu i szedł w stronę tańczącej Carmen z jakimś typem. Klepnął go lekko w ramię. 
                 - Odbijany stary. Nie jesteś tutaj sam a tak w ogóle to moja dziewczyna więc łapy precz - powiedział złowrogo do chłopaka. Po sekundzie nie było go już koło Carmen. Justin uśmiechnął się do siebie i popatrzał na tańczącą dziewczynę. Cholera..jest gorąca. Myśli Justina nie dawały mu spokoju. Chłopak złapał dziewczynę w tali i zaczął z nią kołysać się do rytmu. Ona nie była świadoma, że za nią stoi Justin. Cały czas myśli, że tańczy z poznanym chłopakiem. Justin przyciągnął dziewczynę bliżej siebie i ocierali się o siebie. Justin uśmiechnął się delikatnie kiedy nie zaprotestowała. Carmen odwróciła się w stronę chłopaka i zamarła kiedy zobaczyła tam brązowe tęczówki. 
                  - Hej. Jestem Justin. - zaśmiał się z jej miny i nadal kołysał ich w rytm muzyki. 
                  - Wiem kim jesteś...ale gdzie ten chłopak co...
                  - Po co ci on. Możesz tańczyć ze mną. Chyba mi nie odmówisz nie? - posłał dziewczynie jeden ze swoich uśmiechów. 
                  - Ta..tak możemy zatańczyć. Carmen. - uśmiechnęła się lekko do niego. Na pierwszy rzut oka, Carmen myślała, że potańczą, pogadają i wrócą do swoich pokoi ale nie wiedziała jaki plan ma Bieber...

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział I

 Carmen

                         Szłam a raczej biegłam z kilkoma walizkami, przepychając się przez ludzi którzy spieszyli się tak samo jak ja i moja przyjaciółka, Annabell. Myliłam się kiedy myślałam, że wejście na statek, który rusza w rejs z kilkoma tysiącami ludzi będzie proste jak wejście do centrum handlowego lub szkoły. Tak naprawdę jest to jak walczące mrówki, które chcą wejść szybko do mrowiska przed mrówkojadem. Ludzie pchali, przepraszali, biegli w stronę ogromnego statku rejsowego. Na szczęście ja i Annabell miałyśmy wejść na dużą maszynę przez schody numer 3, dla personelu a stąd widzę, że tymi schodami wchodziło kilka osób.
                          - Carmen nie oglądaj się tylko chodź bo nie zdążymy. - jęknęła moja koleżanka kiedy zauważyła, że zamiast za nią iść ja podziwiłam schody.
                          - Idę, idę. - popatrzałam na przyjaciółkę i wywróciłam oczami. Doszłyśmy do schodów gdzie sprawdzili nam kartki, gdzie mieliśmy napisana, że będziemy przez cały miesiąc pracowali na statku. Dwóch facetów pomogło nam zanieść walizki na pokład. Gdy postawiłam nogę na statku, popatrzałam się dookoła i stwierdzam, że nie jest tak źle jak przypuszczałam.
                           - No dziewczyno, właśnie zaczynamy swój najlepszy czas w życiu. Wyobrażasz sobie jak leżymy na leżakach przy basenie kiedy słońca świeci na nas pełną parą, dyskoteki wieczorami, super ciacha..
                           - i praca. - zaśmiałam się z marzeń przyjaciółki. Przecież przyjechałyśmy tutaj pracować a nie wypoczywać. Raz w tygodniu mamy dwa dni wolnego i to wszystko tak to tylko praca i jeszcze raz praca.
                         Jestem Carmen Anne McChonest, mam 18 lat i pochodzę Salinas w stanie Kalifornia, przeprowadziłam się z rodzicami i starszym bratem do Los Angeles kiedy miałam 8 lat. Tam poznałam Annabell. Zaprzyjaźniłyśmy się przez małą sprzeczkę w piaskownicy. Oby dwie uważałyśmy, że spinka która leżała na trawie należy do jednej z nas, ja uważałam, że do mnie a ona, że do niej i pomyśleć, że dzięki  temu zaczęła się nasza przyjaźń. Razem chodziłyśmy do podstawówki, gimnazjum i liceum. Przez te wszystkie lata oszczędzałam na studia artystyczne. Rodzice powiedzieli mi, że dołożą mi połowę pieniędzy kiedy ja uzbieram, zaoszczędzę, zarobie drugą połowę. Od gimnazjum marzyłam o tych studiach a jeśli chcę się iść do dobrej szkoły trzeba mieć dużo kasy.
                          Kiedy Annabell zaproponowała pomysł abyśmy pracowały na statku myślałam, że żartuję albo sobie coś ubzdurała, ale kiedy pokazała mi ogłoszenie i dwie karty zgłoszeniowe zdziwiłam się. Rodzice uznali, że to dobry pomysł na zarobienie pieniędzy i jeśli chcę to mogę jechać. W końcu po tygodniu jęków, proszeń Ann zgodziłam się.
                          A teraz jestem tutaj. Już dzisiaj wypływamy z portu. Cały, okrągły miesiąc na oceanach, morzach i tym podobne.
                          Jakiś facet który przedstawił się jako Jackob powiedział, że zaprowadzi nas do naszego pokoju. Wyglądał na sympatycznego chłopka, trochę niskiego ale miłego i przyjaznego. Szliśmy przez kilka korytarzy, przeszliśmy trochę schodów i znaleźliśmy się w części statku dla wszystkich pracowników.                          - No dziewczyny to wasz pokój, numer 233. Mam nadzieje, że poczujecie się jak w domu. Oto wasze karty aby otworzyć drzwi. - Uśmiechnął się do nas i podał dwie niebieskie karty. Annabell nie czekając dłużej otwarła drewniane drzwi i zaświeciła światło włącznikiem koło wejścia. Kiedy siedziałam jeszcze w domu myślałam, że będziemy mieszkały w obskurnym pokoiku a teraz wszystko odwołuje. Położyłam walizki na wejściu i weszłam w głąb pomieszczenia. Ten pokój jest świetny. Czułam jak Jackob za nami lekko chichocze z nas i naszej reakcji w końcu kto nie wyglądałby dziwnie z otwartą buzię jak ogromna dziura.
               - Macie tutaj wszystko co chcecie, małą kuchenkę na przykład do zrobienia herbaty, kawy, telewizor, dwa łóżka, i takie tam, a te drzwi prowadzą do łazienki. - szybko pognałyśmy do wskazanego kierunku przez mężczyznę. O mój Boże..jest super. Wróciłyśmy do głównego pomieszczenia. - Więc tak dziewczyny, wszyscy pracownicy mają wyznaczone godziny pracy. Wam zajęcia będą się zmieniać. Dwa dni w tygodniu macie wolne. Pracownicy mają wyznaczone godziny posiłków. Macie je napisane na liście, która wisi przy drzwiach. Z tego co wiem to dobrze opracowałyście plan statku jakby co macie mapki przy wejściu oraz tu ode mnie taką na wszelki wypadek. - podał nam małe kartki do ręki - Teraz się rozpakujcie i wasza zmiana zaczyna się o godzinie 20 przy kolacji dla gości, którzy mają te z droższych biletów. Stroje ktoś wam podrzuci a po kolacji powiem wam co czeka was jutro. Wszystko jasne?
               - Jak słońce. - odpowiedziała Annabell. Nie czekając na nic innego zaczęłyśmy się rozpakowywać a uwierzcie miałyśmy tego dużo. Ubrania, kosmetyki, buty.

                Kiedy skończyłyśmy tak o 18, napiłyśmy się herbaty i obeszłyśmy chyba cały statek. Był ogromny i najlepsze było to, że możemy z niego korzystać. Całego. Baseny, spa, club.
                Weszłyśmy do pokoju i na sofie leżały nasze stroje na kolacje. Złapałam ubranie i poszłam do łazienki. Poszłyśmy ubrane w te same stroje w stronę sali restauracyjnej.
                 - Denerwujesz się? - spytałam się Ann
                 - Proszę cię...nie ma czym. Wykonamy swoją pracę i jesteśmy wolne. - ona zawsze jest taką optymistką. - A ty?
                 - No wiesz...a co jeśli zrobię coś źle i mnie wywalą?
                 - Tak za burtę. - zaśmiała się Ann - Dziewczyno my już płyniemy. Ciekawe jak cię mają wywalić skoro poradzisz sobie, Carmen.
                 - Tak masz rację. Poradzę sobie. - powiedziałam niepewnie.
Doszłyśmy do dużej sali gdzie było już trochę ludzi. Sami bogaci bo to jest kolacja dla takich jak oni. W tym czasie gdzie czekaliśmy na resztę gości poznaliśmy kilku ludzie co też tutaj pracują. Byli naprawdę super. Zabawni, mili. W czasie gdzie gadaliśmy ze sobą wszyscy podeszła do nas kobieta, może ma 50 lat. Wydaję się miła. Wszystkim przydzieliła stoliki. Kiedy ruszyliśmy w stronę sali, Marie, bo tak miała na imię złapała mnie lekko za rękę.
                  - Carmen, wiesz tutaj są sami ważni goście.Obsługujesz stolik dwudziesty. Musisz widzieć, że goście którzy siedzą przy tym stoliku są nieco młodsi od pozostałych pasażerów i są to również chłopaki. Wiesz mężczyźni w takim wieku..no sama wiesz co robią. Więc jeśli zaczną cię wkurzać albo...no wiesz to nie krzycz na nich lub coś w tym stylu bo naszemu szefowi się to nie spodoba. Wiem to bo kiedyś też przydarzyła mi się taka sytuacja. Dobrze?
                   - Tak, jasne. - uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie i poszłam w stronę stolika. Stolik siedemnasty, osiemnasty, dziewiętnasty i....dwudziesty przy którym siedział sam Justin Bieber...