wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział I

 Carmen

                         Szłam a raczej biegłam z kilkoma walizkami, przepychając się przez ludzi którzy spieszyli się tak samo jak ja i moja przyjaciółka, Annabell. Myliłam się kiedy myślałam, że wejście na statek, który rusza w rejs z kilkoma tysiącami ludzi będzie proste jak wejście do centrum handlowego lub szkoły. Tak naprawdę jest to jak walczące mrówki, które chcą wejść szybko do mrowiska przed mrówkojadem. Ludzie pchali, przepraszali, biegli w stronę ogromnego statku rejsowego. Na szczęście ja i Annabell miałyśmy wejść na dużą maszynę przez schody numer 3, dla personelu a stąd widzę, że tymi schodami wchodziło kilka osób.
                          - Carmen nie oglądaj się tylko chodź bo nie zdążymy. - jęknęła moja koleżanka kiedy zauważyła, że zamiast za nią iść ja podziwiłam schody.
                          - Idę, idę. - popatrzałam na przyjaciółkę i wywróciłam oczami. Doszłyśmy do schodów gdzie sprawdzili nam kartki, gdzie mieliśmy napisana, że będziemy przez cały miesiąc pracowali na statku. Dwóch facetów pomogło nam zanieść walizki na pokład. Gdy postawiłam nogę na statku, popatrzałam się dookoła i stwierdzam, że nie jest tak źle jak przypuszczałam.
                           - No dziewczyno, właśnie zaczynamy swój najlepszy czas w życiu. Wyobrażasz sobie jak leżymy na leżakach przy basenie kiedy słońca świeci na nas pełną parą, dyskoteki wieczorami, super ciacha..
                           - i praca. - zaśmiałam się z marzeń przyjaciółki. Przecież przyjechałyśmy tutaj pracować a nie wypoczywać. Raz w tygodniu mamy dwa dni wolnego i to wszystko tak to tylko praca i jeszcze raz praca.
                         Jestem Carmen Anne McChonest, mam 18 lat i pochodzę Salinas w stanie Kalifornia, przeprowadziłam się z rodzicami i starszym bratem do Los Angeles kiedy miałam 8 lat. Tam poznałam Annabell. Zaprzyjaźniłyśmy się przez małą sprzeczkę w piaskownicy. Oby dwie uważałyśmy, że spinka która leżała na trawie należy do jednej z nas, ja uważałam, że do mnie a ona, że do niej i pomyśleć, że dzięki  temu zaczęła się nasza przyjaźń. Razem chodziłyśmy do podstawówki, gimnazjum i liceum. Przez te wszystkie lata oszczędzałam na studia artystyczne. Rodzice powiedzieli mi, że dołożą mi połowę pieniędzy kiedy ja uzbieram, zaoszczędzę, zarobie drugą połowę. Od gimnazjum marzyłam o tych studiach a jeśli chcę się iść do dobrej szkoły trzeba mieć dużo kasy.
                          Kiedy Annabell zaproponowała pomysł abyśmy pracowały na statku myślałam, że żartuję albo sobie coś ubzdurała, ale kiedy pokazała mi ogłoszenie i dwie karty zgłoszeniowe zdziwiłam się. Rodzice uznali, że to dobry pomysł na zarobienie pieniędzy i jeśli chcę to mogę jechać. W końcu po tygodniu jęków, proszeń Ann zgodziłam się.
                          A teraz jestem tutaj. Już dzisiaj wypływamy z portu. Cały, okrągły miesiąc na oceanach, morzach i tym podobne.
                          Jakiś facet który przedstawił się jako Jackob powiedział, że zaprowadzi nas do naszego pokoju. Wyglądał na sympatycznego chłopka, trochę niskiego ale miłego i przyjaznego. Szliśmy przez kilka korytarzy, przeszliśmy trochę schodów i znaleźliśmy się w części statku dla wszystkich pracowników.                          - No dziewczyny to wasz pokój, numer 233. Mam nadzieje, że poczujecie się jak w domu. Oto wasze karty aby otworzyć drzwi. - Uśmiechnął się do nas i podał dwie niebieskie karty. Annabell nie czekając dłużej otwarła drewniane drzwi i zaświeciła światło włącznikiem koło wejścia. Kiedy siedziałam jeszcze w domu myślałam, że będziemy mieszkały w obskurnym pokoiku a teraz wszystko odwołuje. Położyłam walizki na wejściu i weszłam w głąb pomieszczenia. Ten pokój jest świetny. Czułam jak Jackob za nami lekko chichocze z nas i naszej reakcji w końcu kto nie wyglądałby dziwnie z otwartą buzię jak ogromna dziura.
               - Macie tutaj wszystko co chcecie, małą kuchenkę na przykład do zrobienia herbaty, kawy, telewizor, dwa łóżka, i takie tam, a te drzwi prowadzą do łazienki. - szybko pognałyśmy do wskazanego kierunku przez mężczyznę. O mój Boże..jest super. Wróciłyśmy do głównego pomieszczenia. - Więc tak dziewczyny, wszyscy pracownicy mają wyznaczone godziny pracy. Wam zajęcia będą się zmieniać. Dwa dni w tygodniu macie wolne. Pracownicy mają wyznaczone godziny posiłków. Macie je napisane na liście, która wisi przy drzwiach. Z tego co wiem to dobrze opracowałyście plan statku jakby co macie mapki przy wejściu oraz tu ode mnie taką na wszelki wypadek. - podał nam małe kartki do ręki - Teraz się rozpakujcie i wasza zmiana zaczyna się o godzinie 20 przy kolacji dla gości, którzy mają te z droższych biletów. Stroje ktoś wam podrzuci a po kolacji powiem wam co czeka was jutro. Wszystko jasne?
               - Jak słońce. - odpowiedziała Annabell. Nie czekając na nic innego zaczęłyśmy się rozpakowywać a uwierzcie miałyśmy tego dużo. Ubrania, kosmetyki, buty.

                Kiedy skończyłyśmy tak o 18, napiłyśmy się herbaty i obeszłyśmy chyba cały statek. Był ogromny i najlepsze było to, że możemy z niego korzystać. Całego. Baseny, spa, club.
                Weszłyśmy do pokoju i na sofie leżały nasze stroje na kolacje. Złapałam ubranie i poszłam do łazienki. Poszłyśmy ubrane w te same stroje w stronę sali restauracyjnej.
                 - Denerwujesz się? - spytałam się Ann
                 - Proszę cię...nie ma czym. Wykonamy swoją pracę i jesteśmy wolne. - ona zawsze jest taką optymistką. - A ty?
                 - No wiesz...a co jeśli zrobię coś źle i mnie wywalą?
                 - Tak za burtę. - zaśmiała się Ann - Dziewczyno my już płyniemy. Ciekawe jak cię mają wywalić skoro poradzisz sobie, Carmen.
                 - Tak masz rację. Poradzę sobie. - powiedziałam niepewnie.
Doszłyśmy do dużej sali gdzie było już trochę ludzi. Sami bogaci bo to jest kolacja dla takich jak oni. W tym czasie gdzie czekaliśmy na resztę gości poznaliśmy kilku ludzie co też tutaj pracują. Byli naprawdę super. Zabawni, mili. W czasie gdzie gadaliśmy ze sobą wszyscy podeszła do nas kobieta, może ma 50 lat. Wydaję się miła. Wszystkim przydzieliła stoliki. Kiedy ruszyliśmy w stronę sali, Marie, bo tak miała na imię złapała mnie lekko za rękę.
                  - Carmen, wiesz tutaj są sami ważni goście.Obsługujesz stolik dwudziesty. Musisz widzieć, że goście którzy siedzą przy tym stoliku są nieco młodsi od pozostałych pasażerów i są to również chłopaki. Wiesz mężczyźni w takim wieku..no sama wiesz co robią. Więc jeśli zaczną cię wkurzać albo...no wiesz to nie krzycz na nich lub coś w tym stylu bo naszemu szefowi się to nie spodoba. Wiem to bo kiedyś też przydarzyła mi się taka sytuacja. Dobrze?
                   - Tak, jasne. - uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie i poszłam w stronę stolika. Stolik siedemnasty, osiemnasty, dziewiętnasty i....dwudziesty przy którym siedział sam Justin Bieber...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz